WHAT IS A FASHION SHOW ACTUALLY FOR?

Skoro kolekcję możemy zobaczyć na ekranie w kilka sekund, dlaczego marki nadal inwestują tak dużo w fizyczne pokazy?

Przez lata mechanizm wydawał się prosty. W magazynach oglądaliśmy zdjęcia z wybiegów, a kilka tygodni później czytaliśmy, że właśnie te kolory, sylwetki czy dodatki będą definiować kolejny sezon. Pokaz był jednym z głównych miejsc, przez które moda komunikowała przyszłość, a media tłumaczyły ją później szerszej publiczności.

Dziś ten system jest znacznie mniej linearny. Trend może narodzić się na ulicy, TikToku albo w niszowej społeczności internetowej. Marki mają dostęp do coraz większej ilości informacji o zachowaniach konsumentów, a klient może zobaczyć całą kolekcję kilka sekund po pierwszym wyjściu modelki.

Mimo to kalendarz tygodni mody pozostaje jednym z najważniejszych rytmów branży. Sezon zaczyna się dziś właściwie jeszcze przed tradycyjną „wielką czwórką”. Na początku sierpnia uwagę międzynarodowej branży przyciąga Kopenhaga – największy tydzień mody Europy Północnej, a później centrum przesuwa się kolejno do Nowego Jorku, Londynu, Mediolanu i Paryża.

Marki nadal inwestują w przestrzenie, dobór modeli, produkcję, scenografię, komunikację, gości i wszystko, co powstaje wokół wydarzenia.

Jeżeli nie potrzebujemy już pokazu, żeby po prostu zobaczyć ubrania, pytanie brzmi więc inaczej:

co właściwie marka kupuje, kiedy płaci za pokaz mody?

POKAZ I FASHION WEEK TO NIE TO SAMO

Pierwsza odpowiedź pojawia się, kiedy rozdzielimy dwa pojęcia, które często traktujemy jak jedno.

Pokaz jest formatem. Fashion Week jest systemem.

Tegoroczny London Fashion Week dobrze to pokazuje. British Fashion Council raportował 47 pokazów, 23 prezentacje, 10 aktywacji cyfrowych i 53 wydarzenia wieczorne. Po zakończeniu tygodnia organizacja podała również, że liczba akredytowanych kupców – osób odpowiedzialnych za wybór kolekcji dla sklepów – wzrosła o 19 proc. rok do roku, a liczba kupców zagranicznych o 41 proc. To dane samego organizatora, a nie niezależny pomiar ekonomicznego wpływu wydarzenia, ale pokazują, co branża próbuje zgromadzić wokół pokazów: nie tylko publiczność, lecz również ludzi podejmujących decyzje handlowe.

Sam wybieg jest więc najbardziej widocznym fragmentem większej infrastruktury. Przez kilka dni w jednym mieście spotykają się projektanci, kupcy, media, styliści, twórcy, klienci i ludzie odpowiedzialni za decyzje biznesowe.

Fashion Week nie ma już monopolu na pokazywanie nam mody. Nadal ma jednak zdolność do skupienia bardzo rozproszonej branży w jednym miejscu i czasie. W świecie, w którym uwagę coraz trudniej zatrzymać, taka koncentracja sama w sobie może mieć wartość.

ILE KOSZTUJE KILKANAŚCIE MINUT UWAGI?

Nie istnieje jedna wiarygodna cena pokazu. Skala wydarzeń jest zbyt różna, a budżety największych domów mody zazwyczaj pozostają prywatne.

Dobrym przykładem z segmentu niezależnych marek jest JORDANLUCA – londyńska marka mody męskiej założona w 2018 roku przez Jordana Bowena i Lucę Marchetto, łącząca brytyjską kontrkulturę z włoskim rzemiosłem. Według Vogue Business jej pierwsze pokazy kosztowały około £60 tys. i £80 tys., a produkcja z czerwca 2024 roku około £200 tys.

British Fashion Council wycenia z kolei średnią wartość rzeczowego wsparcia dla uczestnika programu NEWGEN, stworzonego dla młodych brytyjskich projektantów, na około £80 tys. Obejmuje ono między innymi producenta wydarzenia, ekipę techniczną, oświetlenie, nagłośnienie, ochronę i zależnie od dostępności przestrzeń. Nie jest to pełna cena pokazu, ale pokazuje skalę infrastruktury koniecznej jeszcze zanim publiczność zobaczy pierwszą sylwetkę.

Na drugim końcu skali znajdują się największe domy mody. Reuters podał we wrześniu, że najbardziej rozbudowane produkcje mogą kosztować nawet około €10 mln. To górny rząd wielkości, a nie branżowa średnia. Jest jednak szczególnie interesujący w momencie, kiedy część rynku dóbr luksusowych znajduje się pod presją, a konsumenci ostrożniej podchodzą do coraz wyższych cen.

Dlatego pytanie „ile kosztuje pokaz?” prowadzi szybko do ciekawszego:

za co właściwie marka płaci?

Za uwagę? Wizerunek? Dostęp do mediów? Relacje z klientami? Dotarcie do sklepów? Materiały, które przez kolejne tygodnie będą żyły w internecie?

Odpowiedź zależy od marki.

POKAZ NIE JEST SPRZEDAŻĄ

Jednym z najbardziej mylących wyobrażeń o Fashion Weeku jest przekonanie, że kupiec ogląda kolekcję na wybiegu, wybiera produkty i składa zamówienie.

W praktyce proces jest bardziej rozdzielony.

Kupcy, z którymi Vogue Business rozmawiał przed New York Fashion Week w 2026 roku, podkreślali znaczenie spotkań w showroomach – przestrzeniach, w których można zobaczyć kolekcję z bliska, dotknąć materiału, sprawdzić konstrukcję, cenę i dostępne warianty. Pokaz może zainteresować marką i nadać kolekcji kontekst, ale decyzja o zakupie wymaga znacznie więcej niż kilkunastu minut oglądania ubrań w ruchu.

British Fashion Council po London Fashion Week prowadzi w Paryżu osobny projekt LONDON show ROOMS, przeznaczony właśnie do spotkań marek z międzynarodowymi kupcami i mediami. Według organizatora od października 2025 roku każda jego edycja przyciągała ponad 300 przedstawicieli branży oraz ponad 100 sklepów z 24 krajów.

Pokaz może więc stworzyć zainteresowanie. Potem przychodzi dokładna ocena produktu, wybór asortymentu i dopiero na końcu zamówienie.

Granice coraz częściej się jednak zacierają. Marks & Spencer podczas swojego debiutu na London Fashion Week udostępnił całą prezentowaną kolekcję do sprzedaży od razu po wydarzeniu, a połowa produktów kosztowała poniżej £50.

Pokaz nie jest więc ani sztuką całkowicie odłączoną od biznesu, ani katalogiem sprzedażowym transmitowanym na żywo.

Jego funkcja zależy od tego, czego marka w danym momencie potrzebuje.

TEN SAM FORMAT, TRZY RÓŻNE ZADANIA

Najlepiej widać to na przykładzie trzech zupełnie różnych sytuacji.

Dla młodej marki pierwszy pełny pokaz może oznaczać przejście na kolejny poziom widoczności.

Podczas tegorocznego New York Fashion Week zdecydowała się na niego między innymi Aisling Camps – urodzona na Trynidadzie projektantka dzianin, która wcześniej pracowała jako inżynier mechanik. Pierwszy pełny pokaz zorganizowała także 6397, nowojorska marka założona przez Stellę Ishii i rozwijana dziś z projektantką Lizzie Owens, znana z codziennej garderoby opartej na dobrej jakości podstawach. Wśród marek budujących swoją pozycję w Nowym Jorku jest również Heirlome, prowadzone przez pochodzącą z Monterrey Stephanie Suberville i regularnie współpracujące z meksykańskimi rzemieślnikami.

W rozmowach z Vogue Business przedstawiciele młodych marek wskazywali na możliwość pokazania pełniejszego świata firmy i dotarcia do większej publiczności, jednocześnie otwarcie mówiąc o wysokich kosztach i ograniczeniach finansowych.

Rola pokazu: zdobycie uwagi i mocniejsze zaznaczenie obecności marki na rynku.

McQueen ma zupełnie inny problem. Dom mody wrócił w tym sezonie do oficjalnego kalendarza London Fashion Week po raz pierwszy od 2001 roku. Powrót nastąpił równolegle ze strategicznym resetem prowadzonym przez nowego CEO Gianfranco D’Attisa. Firma zamknęła 20 sklepów i chce ponownie mocniej oprzeć swoją tożsamość na krawiectwie, ubraniach okazjonalnych i rzemiośle związanym z historią domu, ograniczając jednocześnie nacisk na część kategorii rozwijanych w ostatnich latach.

Tutaj pokaz nie ma sprawić, żeby świat po raz pierwszy zauważył markę. Ma pomóc odpowiedzieć na pytanie, czym McQueen chce być teraz.

Rola pokazu: zakomunikowanie strategicznego resetu i odzyskanie wyraźniejszej tożsamości.

Marks & Spencer wykorzystał ten sam format jeszcze inaczej. Pierwszy pokaz firmy podczas LFW był jednocześnie komunikatem o większych ambicjach modowych marki i bezpośrednim punktem wejścia do sprzedaży.

Rola pokazu: zmiana sposobu postrzegania marki i wsparcie bieżącego handlu.

Trzy sytuacje. Trzy zupełnie różne problemy biznesowe.

Dlatego pytanie „czy pokaz się opłaca?” bez określenia jego celu niewiele nam mówi.

PIERWSZY RZĄD JEST CZĘŚCIĄ DYSTRYBUCJI UWAGI

Jednym z najbardziej widocznych symboli zmiany Fashion Weeku jest pierwszy rząd.

Dyskusja o tym, czy influencerzy i gwiazdy „zabrali” Fashion Week ludziom znającym się na modzie, upraszcza problem. Z perspektywy marki osoba siedząca przy wybiegu nie jest tylko gościem. Wnosi ze sobą własną publiczność.

Dane firmy analitycznej Onclusive z tegorocznego New York Fashion Week pokazują, jak bardzo rozdrobnił się system uwagi. Firma zarejestrowała 2,64 mln wzmianek w mediach społecznościowych, a ranking najbardziej widocznych marek wyglądał zupełnie inaczej w mediach społecznościowych niż w publikacjach internetowych. To dane jednego dostawcy i jednej metodologii, więc nie są pełnym obrazem internetu. Pokazują jednak coś ważnego: nie istnieje już jedna publiczność Fashion Weeku ani jedna hierarchia tego, co podczas niego było najważniejsze.

Redaktor patrzy na kolekcję. Kupiec na produkt. Fan może obserwować przede wszystkim konkretną gwiazdę. TikTok wyłapuje moment, który zaczyna żyć własnym życiem.

Gwiazda w pierwszym rzędzie staje się więc kanałem dystrybucji uwagi. Nie oznacza to automatycznie sprzedaży. Marka może zdobyć ogromny zasięg bez pewności, czy odbiorca zapamiętał kolekcję, czy wyłącznie osobę, która ją oglądała.

To znacznie ciekawsze napięcie niż pytanie o to, kto „zasługuje” na miejsce w pierwszym rzędzie.

DLACZEGO NADAL CHCEMY BYĆ W TYM SAMYM MIEJSCU?

Pandemia była dla Fashion Weeku niemal naturalnym eksperymentem.

Branża musiała sprawdzić, czy fizyczny pokaz można zastąpić filmem, transmisją i cyfrową prezentacją. Internet świetnie poradził sobie z dystrybucją obrazu, ale trudniej było zastąpić kontakt z produktem oraz relacje powstające podczas spotkań wokół samych pokazów.

Formaty cyfrowe nie zniknęły jednak wraz z powrotem wydarzeń na żywo.

We wrześniu H&M dobrze pokazał, jak oba światy zaczęły się łączyć. Wydarzenie stworzone z Nickiem Knightem i platformą SHOWstudio połączyło fizyczny pokaz dla około 700 osób z instalacjami cyfrowymi, transmisją i interaktywnymi obrazami. Część produktów była dostępna w sprzedaży tego samego wieczoru.

Nie chodzi więc już o wybór między światem fizycznym i cyfrowym.

Internet zwiększa skalę i przedłuża życie wydarzenia. Fizyczne spotkanie daje coś innego: koncentrację ludzi.

Organizatorzy inwestują w jej stworzenie. British Fashion Council finansuje program sprowadzający do Londynu zagranicznych kupców, media i przedstawicieli świata kultury. CFDA prowadzi podobne działania w Nowym Jorku. Organizator nie przygotowuje więc tylko harmonogramu pokazów. Próbuje sprawić, żeby odpowiedni ludzie znaleźli się w odpowiednim mieście w tym samym czasie.

To prowadzi do jednego z najważniejszych wniosków tego tekstu:

publiczność nie jest tylko odbiorcą Fashion Weeku. Sama jest częścią jego wartości.

A CO, JEŚLI MARKA NIE POTRZEBUJE KALENDARZA?

Tu pojawia się paradoks.

Jeżeli wartością Fashion Weeku jest koncentracja uwagi i ludzi, największe marki mogą próbować stworzyć taki moment na własnych warunkach.

W tym sezonie oficjalny New York Fashion Week rozpoczął się 10 września, ale Ralph Lauren i Coach pokazały swoje kolekcje dzień wcześniej. Formalnie znajdowały się poza głównymi datami, a jednocześnie korzystały z momentu, kiedy uwaga branży zaczynała już skupiać się na Nowym Jorku.

Jacquemus od lat porusza się pomiędzy własnymi pokazami organizowanymi w spektakularnych lokalizacjach a oficjalnym kalendarzem. W styczniu 2025 roku marka wróciła do Paris Fashion Week, ale zamiast wielkiego widowiska wybrała kameralny paryski apartament dla około 45 osób.

Im silniejsza marka, tym większa możliwość kontrolowania miejsca, czasu i formy wydarzenia.

I tu pojawia się jeden z najciekawszych paradoksów Fashion Weeku: marki, które najbardziej potrzebują jego wspólnej uwagi, mogą jednocześnie najmniej móc sobie pozwolić na koszt wejścia do tego systemu. Te, które dysponują największymi budżetami, często mają też własną publiczność wystarczająco silną, by tworzyć momenty poza oficjalnym kalendarzem.

Nie jest to zasada dotycząca każdej firmy. Jest jednak napięciem, które warto obserwować.

Pytanie brzmi więc już nie tylko:

czy marka potrzebuje Fashion Weeku?

Ale również:

czy potrzebuje infrastruktury, którą Fashion Week tworzy i czy potrafi stworzyć ją sama?

CO BY SIĘ STAŁO, GDYBY FASHION WEEK ZNIKNĄŁ?

Gdyby jutro zniknęły tygodnie mody w Kopenhadze, Nowym Jorku, Londynie, Mediolanie i Paryżu, klient prawdopodobnie nadal miałby co oglądać.

TikTok nie przestałby wpływać na trendy. Marki nadal wypuszczałyby kolekcje. Gwiazdy nadal budowałyby zainteresowanie produktem. Kupcy mogliby odwiedzać showroomy, a firmy nadal organizowałyby kampanie, premiery i własne wydarzenia.

Przez pierwszy sezon być może nie wydarzyłoby się nic dramatycznego.

Po pewnym czasie mogłoby jednak zabraknąć czegoś mniej widocznego: wspólnego rytmu.

Momentu, w którym duża część branży jednocześnie patrzy w stronę tego samego miasta. Pretekstu do spotkań, rozmów, odkrywania nowych marek, zakupów i porównywania ze sobą różnych wizji tego, co może wydarzyć się dalej. Fashion Week nie decyduje już sam o tym, co będzie modne. Nie jest jedynym źródłem trendów, jedynym kanałem komunikacji ani miejscem koniecznym do tego, żeby klient zobaczył kolekcję. Jego rola przesunęła się gdzie indziej: z pokazywania mody na organizowanie bardzo rozproszonego świata mody wokół wspólnego momentu uwagi. Internet potrafi pokazać nam kolekcję niemal natychmiast. Znacznie trudniej jest mu sprawić, żeby w tym samym czasie i miejscu znaleźli się projektanci, kupcy, redaktorzy, klienci, twórcy, konkurenci i potencjalni partnerzy biznesowi.

Pokaz jest widowiskiem. Fashion Week jest mechanizmem koncentracji.

I być może właśnie za to marki nadal są gotowe płacić.

Baner klubu fashion koniec wpisu

Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta

Subskrybuj Fashion Editorial i Bądź na Bieżąco ze światem mody!

Otrzymuj najnowsze informacje ze świata mody – analizy trendów, ekskluzywne raporty i alerty o kluczowych wydarzeniach w branży.

🎁 Prezent dla subskrybentów!

Zapis na newsletter